Reminiscencje I – Wstęp i kuchnia

Na rejsie zaraz ktoś zmieniłby te reminiscencje na rekonwalescencje, czy coś w tym stylu, tak jak poszliśmy w gorod Petersburg robić renesans, a niektórych podczas podróży dręczyła algieria. Na rejsie, pod żaglami, pewne rzeczy i sprawy są bardzo umowne. Ale nie o tym chciałam…
Reminiscencje chciałam poświęcić kliku sprawom, które dla mnie były ważne, zapisać wrażenia, obrazy na których wspomnienie uśmiecham się sama do siebie, niby jeszcze świeże chociaż ulotne jak zapach karkówki dobiegający z kuchni pokładowej.

Kuchnia
O niej chciałam najpierw. Wiadomo, na statku, na poligonie, w okopach, w więzieniu, czy na koloniach najważniejsze jest żarcie. A my na Darze mieliśmy tego wszystkiego po trochu. Mogło nie być pogody, mogła być drętwa atmosfera, mogło być nudno i trzeźwo, ale jakby kuchnia była zła, to pewnie kucharz wylądowałby za burtą – w tym przypadku. Ale na nic takiego nawet się nie zanosiło. Wręcz odwrotnie, jedzenie było naprawdę smaczne. Jako domorosła kucharka po skromnych kursach chylę czoła przed głównym kukiem Daru Młodzieży. Przyznam szczerze, że zabrakło mi dziennikarskiej dociekliwości, by dowiedzieć się kto doprawiał potrawy, ale były one skomponowane smakowo mistrzowsko. Smaki raczej tradycyjne, ale utrafione. Zanim zacznę jeść – zwłaszcza, gdy jem dania kuchni zbiorowej – zawsze solę. Tym razem jednak zaskoczenie, w większości serwowanych potraw nie było potrzeby doprawiania ich do tzw. zjadliwego smaku. Ten kto gotuje wie, że nie trudno dogodzić kilku osobom, ale podpasować się pod gusta ponad setki pasażerów, nie licząc załogi, to już talent. Dar.
Myślę, że obiady i kolacje przyprawiał kucharz Leszek, a może ktoś inny, w każdym razie pozazdrościć umiejętności. Zwróciłam uwagę na zupy, każda była smaczna! Czy to żurek na białej kiełbasie z ziemniakami, czy nieszczęsna, niemiłosiernie obśmiewana fasolowa, barszcz czerwony, albo zwykła pomidorowa z kolankami, każda była wzorcowa. Podobnie mięsiwa. Człowiek spodziewałby się raczej kawałka podeszwy, a tu miłe zaskoczenie, mięciutka wołowina w ciemnym sosie z kaszą gryczaną, albo soczysty schab ze śliwką, gulasze to też kulinarny majstersztyk. Czego chcieć więcej! Owszem zaskoczeniem była szczawiowa z ryżem, ale to chyba wina nas samych – nie znaleźli się chętni do obierania ziemniaków. Co wieczór na tzw. Placu Kaszubskim odbywało się integracyjne obieranie ziemniaków. Kiedy okazało się, że na wieczorne obieranie zjawili się tylko chłopcy ze szkoły morskiej – oni niestety nie mieli wyjścia – wtedy Kapitan wydał zarządzenie, że do końca rejsu WSZYSTKIE potrawy będą z ryżem. Komunikat spowodował kolejną serię żartów, które trzymały się wszystkich bez przerwy. Nikt też się chyba specjalnie nie zmartwił. Kapitan jednak odpuścił naszej bandzie, bo gdzieś tam się w końcu ziemniaki pojawiły. Żart w klimacie ziemniaczanym pościł w obieg Jacek – który mawiał o sobie „jestem schludny i czysty – cały ja”.
Dowcip idzie tak: Spotyka się dwóch facetów, jeden pyta. – Coś ty taki zafrasowany, stało się coś? – A nic, tylko wczoraj teściowa spadła ze schodów jak schodziła do piwnicy po ziemniaki na obiad. – I co zrobiliście? – Ee nic… makaron.
Oni makaron, my ryż. Trudno, statek płynie dalej…
Z rozmów towarzyskich wiem, że smakował bigos, kotlety, szaszłyki, nawet codzienna jajecznica na śniadanie miała swój urok. Podobnie jak urok miał zawsze rozpromieniony i uśmiechnięty steward Adam, to ten który rozpuszczał pogłoskę, że daje 5 procentowe rabaty na posiłki, dla stałych konsumentów ;-)
Pamiętam jak z niekłamana radochą donosił nam gołąbki, gdy jednego dnia nasz stolik przeżywał jakąś totalna gastrofazę, żarliśmy i żarliśmy…
Albo ta jakże cudna konsternacja kolegi Leszka ps. Francuz (on już wie dlaczego). Podczas porannej pogawędki przeżywał rozterki jak ta dziewica, która chciałaby a boi się. Leszek głośno rozważał: iść na obiad, czy se go odpuścić? – Przytyłem już ze trzy kilo, ale nie potrafię sobie odmówić, bo wszystko takie smaczne. Mówię mu: – Znasz to powiedzenie: śniadanie zjedz sam, obiadem podziel się z przyjacielem, kolejce oddaj wrogowi. Lechu odpuść se kolację. – Co, kolację mam odpuścić, kiedy one mi najbardziej smakują!
Trudno zachować linię, kiedy o godz. 22 pojawiały się tzw. nocne porcje, jakieś wędlinki, serki, rybki wędzone… nic dziwnego, że skrupulatnie pilnowała ich Ania zwana na Darze Ciotką Aurorą. Wraz z nią w kolejce ustawiała się dobra pięćdziesiątka pozostałych rejsowiczów. Podobno woda wyciąga i jeść się chce.

Małgo